Jak mały dom kultury nauczył mnie więcej niż szkoła

Kiedy byłem nastolatkiem w Janikowie, myślałem, że szkoła to jedyne miejsce, gdzie zdobywa się wiedzę. Miałem rację tylko w połowie. Oceny z matematyki czy polskiego nie dały mi tego, co dostałem za darmo, po lekcjach, w starym budynku przy rynku. Pierwszy raz poszedłem do Miejsko-Gminnego Ośrodka Kultury w Janikowie z nudów, bo kolega powiedział, że mają tam stół do ping-ponga. Szybko się okazało, że to miejsce miało więcej do zaoferowania niż wszystkie lekcje razem wzięte. Nie chodziło o sztukę dla sztuki, ale o realne umiejętności, które potem przydały mi się w życiu.

Dlaczego szkoła nie uczyła nas praktycznych rzeczy

Podstawówka i gimnazjum w Janikowie były poprawne. Nauczyciele robili swoje, ale program był sztywny. Nie nauczyłem się tam ani negocjować, ani organizować czasu, ani rozmawiać z obcymi ludźmi. W domu kultury musiałem załatwić salę na próbę zespołu, dogadać się z instruktorem, przekonać burmistrza o sensie koncertu. To były realne sytuacje. Szkoła dawała teorię, dom kultury dawał praktykę.

Spotkania, które zmieniały perspektywę

W MOK-u organizowano otwarte debaty i spotkania z ludźmi spoza naszego miasteczka. Pamiętam gościa, który prowadził warsztaty z crowdfundingu. Miałem wtedy szesnaście lat i myślałem, że zbieranie pieniędzy na pomysł to tylko dla firm. On pokazał, jak grupa znajomych uzbierała na własną płytę. To otworzyło mi oczy. Nie dowiedziałbym się tego z podręcznika do wiedzy o społeczeństwie.

Warsztaty, które dały mi konkretne umiejętności

Przez dwa lata chodziłem na warsztaty fotograficzne prowadzone przez lokalnego pasjonata. Nie miałem aparatu, więc pożyczałem od ośrodka. Nauczyłem się kadrować, ustawiać światło, obrabiać zdjęcia w programie, który wtedy był nowością. Te umiejętności później pomogły mi dorobić na studiach. Szkoła nie oferowała niczego podobnego. A uczyłem się przez praktykę, nie przez testy.

Wolontariat w kulturze to była prawdziwa lekcja odpowiedzialności

W wieku siedemnastu lat zostałem wolontariuszem podczas Dni Janikowa. Dostałem opaskę i radio, i kazano mi pilnować wejścia na scenę. Niby prosta rzecz, ale gdy artysta chciał wejść z boku, a ochroniarz kazał czekać, musiałem sam podjąć decyzję. Nikt nie podpowiadał. Nauczyłem się, że odpowiedzialność nie polega na robieniu tego, co każą, tylko na myśleniu, co jest ważniejsze. W szkole nie było takiego egzaminu.

Jak dom kultury buduje społeczność w małym mieście

MOK w Janikowie to nie tylko sala widowiskowa. To miejsce, gdzie ludzie różnych pokoleń spotykają się przy okazji. Babcia przyprowadza wnuka na zajęcia plastyczne, ojciec gra w brydża, a młodzież kręci filmy na korytarzu. W małym mieście brakuje neutralnych przestrzeni, gdzie nie trzeba nic kupować, żeby posiedzieć. Dom kultury to takie miejsce. I to ono trzyma lokalną społeczność razem, bardziej niż urząd gminy czy szkoła.

Co dzisiaj wynoszę z tamtych lat

Kiedy teraz myślę o tym, co mnie ukształtowało, to nie są to lekcje biologii ani angielskiego. To konkretne rzeczy, które robiłem w MOK-u. Wymienię kilka:

  • Umiejętność dogadania się z różnymi ludźmi, od sprzątaczki po burmistrza.
  • Podstawy obsługi sprzętu nagłaśniającego i oświetleniowego.
  • Organizację własnego czasu przy kilku projektach naraz.
  • Odwagę, żeby stanąć przed publicznością i powiedzieć coś od siebie.
  • Znajomości, które po latach okazały się przydatne zawodowo.

Nie twierdzę, że każdy ma tak samo. Ale w Janikowie, w tym jednym budynku, dostałem więcej praktycznej edukacji niż przez całe liceum. I to za darmo, bez stopni, bez presji. Gdyby nie on, pewnie do dzisiaj bałbym się zadzwonić do nieznajomego w sprawie pracy.