Kiedyś, w czasach gdy internet pachniał modemem, a strony ładowały się w rytm trzasków i syków, spędzałem godziny na przeglądaniu polskich witryn. Nie chodziło o treści ani o konkretne informacje. Chodziło o samą przygodę. Każdy link prowadził gdzieś nieznanego. Każda zakładka była obietnicą. Potem przyszedł algorytm, sieci reklamowe, media społecznościowe. Przestałem wędrować. Zaczęło mi brakować tego chaosu. I wtedy trafiłem na witrynę, która zbiera stare, często zapomniane strony. To było jak wejście do garażu pełnego skarbów. No, ale jak to! witryna nie jest typowym archiwum linków. To zbiór kuriozów, dziwnych projektów, stron z duszą. Niektórzy widzą w tym tylko nostalgie. Ja znalazłem coś więcej.
O czym tak naprawdę jest ta strona
Pierwsze wrażenie bywa mylące. Kiedy otworzyłem to miejsce, pomyślałem: „kolejny blog o zapomnianych portalach”. Ale po kilku kliknięciach zrozumiałem, że autorzy nie szukają rzeczy użytecznych. Szukają rzeczy, które zaskakują. Są tam strony poświęcone hodowli królików z 2002 roku, fanowskie witryny seriali sprzed dwudziestu lat, a nawet strony z błędami składni i potłuczonym HTML-em. I to właśnie ta niedoskonałość robi robotę. Nie ma tu algorytmicznego wygładzania. Jest surowość, która przypomina, że internet kiedyś tworzyli ludzie.
Dlaczego nie mamy już takich stron
Zastanawiałem się nad tym podczas przeglądania. Dziś każda strona to produkt dopracowany przez designerów, marketerów i copywriterów. Nawet najmniejszy blog używa responsywnych szablonów i optymalizowanych zdjęć. Kiedyś wystarczyły trzy godziny w Notatniku i znajomość tagu <font>. Te stare witryny mają w sobie coś, czego brakuje dzisiejszym serwisom: osobowość. Autor na stronie o psach wklejał zdjęcie swojego psa z podpisem, a nie stockową grafikę. Nie chodzi o to, że było lepiej. Ale było bardziej ludzko.
Co znalazłem w trakcie wędrówki
Kilkanaście stron, które pamiętałem z liceum, działa nadal. Jedna z nich to poradnik o akwarystyce, który nie zmienił się od 2005 roku. Kolejna to strona z przepisami na ciasta, której autorka co roku dodaje jeden nowy przepis. To nie jest popularne. To jest autentyczne. Znalazłem też katalog stron z 2007 roku, który ręcznie edytował jakiś facet z Gdańska. Nie ma na nim żadnej reklamy. Jest tylko lista linków i krótki opis każdej z nich. Człowiek spędził pewnie setki godzin na aktualizowaniu tego. I nikt mu za to nie płacił.
Dlaczego warto szukać samemu
Kiedy zacząłem szukać takich miejsc, zauważyłem, że nie chodzi tylko o przeglądanie. Chodzi o metodę. Wpisanie w wyszukiwarkę frazy z przedrostkiem „strona o” albo „fanpage” daje często lepsze rezultaty niż używanie gotowych kategorii. Można trafić na czyjeś hobby, które żyje własnym życiem. Są ludzie, którzy w 2024 roku nadal utrzymują strony o tamtej epoce. Jedna z takich stron ma licznik odwiedzin z 2003 roku. Licznik działa. W tej chwili pokazuje coś koło 12 tysięcy. To nie jest wiele, ale dla twórcy każde kliknięcie ma znaczenie.
Czego nauczyłem się o sobie
Odkrywanie tych starych stron cofnęło mnie do czasów, gdy internet był miejscem, a nie narzędziem. Przestałem klikać bezmyślnie. Zacząłem czytać. Zauważyłem, że na jednej ze stron autor dziękuje gościom za wpisy w księdze gości. Ta księga działa do dziś. Napisałem w niej kilka słów. O dziwo, twórca odpisał po dwóch dniach. To był zwykły mail z podziękowaniem. Nie chodzi o to, że poczułem się ważny. Chodzi o to, że poczułem, że istnieje jeszcze miejsce, gdzie człowiek odpowiada człowiekowi. Bez automatyzacji. Bez chatbota. Tylko słowo i klawiatura.